wtorek, 1 marca 2016

Gaskin - End of the World





Band: Gaskin
Rok: 1981

Gatunek: NWOBHM, Heavy Metal, Hard Rock

Strony zespołu:

Skład:
Paul Gaskin - Gitara, Wokal
Stef Prokopczuk - Bass
Dave Norman - Perkusja

Track list:

03 - Despiser
07 - On My Way

     Gaskin jest brytyjskim zespołem zaczynającym tworzyć w czasach świetności gatunku który reprezentowali, mowa tu o NWOBHM. Nazwa grupy pochodzi od nazwiska jednego z ojców założycieli, którym był Paul Gaskin. Powstali w roku 1980, a swój pierwszy album nagrali już w roku 1981. Ciekawostka - pierwszym basistą zespołu był Brytyjczyk najwyraźniej o polskich korzeniach, Stefan Prokopczuk. Zespół zawiesza swoją działalność w roku '83, by później reaktywować się na rok w '96, a następnie w 2000 działając aż do dziś i po drodze wydając dwa albumy (co daje zespołowi w sumie cztery na koncie).

     Album End of the World w porównaniu z pozostałymi topowymi, nagrywanymi w tym okresie charakteryzuje się bardziej miękką odmianą gatunku, co nie każdemu może się spodobać, jednak wciąż o surowym brzmieniu gitar, i zajebiście przemyślanych solówkach. Dobrym tego przykładem jest "Handful of Reasons", prowadzony epickim riffem którego chyba sam Quorthon niemało się nasłuchał przed nagraniem swoich pierwszych viking metalowych kawałków, gdyż czuje się w utworze lekki nordycki powiew, no i ta wcześniej wspomniana solówka...! "Victim of the City" od samego początku pokazuje świetny, tajemniczy klimat, jakby stała za tym jakaś historia rodem "Z archiwum X"! Jest to jedyny krążek zespołu, w którym Paul poza grą na gitarze udziela się jako wokalista i mimo średniego popisu swoimi umiejętnościami wokalnymi jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny mógł wypaść tutaj lepiej. Świetnie to właśnie zgrywa się w melodyjnym "Despiser", jednak następujący "Burning Alive" jest przykładem gdzie wypada to już gorzej, żeby nie powiedzieć możliwie najgorzej. Wśród trzech końcowych kawałków, które najmocniej wbijają w mur znajduje się "Lonely Man" i "I'm No Fool". Oba zaczynają się ostrymi riffami, gdzie dodatkowo w tym drugim na zajebistym rytmie i ze smacznym brzmieniem działa perkusja!

     Nowa fala brytyjskiego heavy metalu jest gatunkiem, który jak nazwa wskazuje powstał lokalnie i miał tak naprawdę jedynie 5 lat chwały. Po roku '85 gatunek zaczął obumierać i dalej już tylko nieliczne kapele reprezentowały te charakterystyczne brzmienie. Pośród tych dobrych i zapomnianych, End of the World uważam za album godnie reprezentujący gatunek, stąd też zachęcam do odsłuchu!


poniedziałek, 29 lutego 2016

Pyracanda - Two Sides of a Coin

 

Band: Pyracanda
Rok: 1990

Gatunek: Thrash Metal

Strony zespołu:
Strona oficjalna

Skład:
Hansi Nefen - Wokal
Sven Fischer - Gitara
Dennis Vaupel - Gitara
Dieter Wittbecker - Bass
Elmar Gehenzig - Perkusja


     Let's make an expedition into the animal kingdom... Good evening motherfuckers! Chyba lepszymi słowami nie dało się tego zacząć. Pyracanda (w tym miejscu powinno znaleźć się zdjęcie ziemniaka), bo tak zespół się nazywa, powstał w 1987 roku, w Niemczech. Do roku 1992 udało im się wydać dwa albumy, po czym zawiesili działalność do roku 1995, wracając pod nazwą Ilex, by jeszcze przy dwuletniej muzycznej działalności wydać jeden krążek, już bez perkusisty Elmara Gehenziga i gitarzysty Svena Fischera, który w 1993 roku dołączył do innego niemieckiego zespołu - Rage.

     Tak też złożyło się, że ostatnio przypadkiem natrafiłem na debiutancki krążek zespołu jednocześnie przypominając sobie o nim. Oceniając okładkę albumu nasuwają mi się dwa skrajne skojarzenia. Spotkamy się tu z kupą gówna, albo zajebistą siepą. Two Sides of a Coin wydane zostało w roku 1990, jednak uwierzcie mi, brzmi niczym z lat 80tych (hehe, dowcipny ja...!) i nie ma tu miejsca na jakiekolwiek gówno. Jest to zajebista thrash metalowa siepa po części mam wrażenie, że inspirująca się tylko twórczością zespołu Metallica. Analizując, doszukujemy się niemal wyłącznie zlepka ich kawałków, gdzie nawet samo brzmienie gitary jest bardzo podobne i nie uważam by było w tym cokolwiek złego! Jeśli komuś upodobanie się w taki sposób wychodzi dobrze, nakurwiam z radości, słucham tego z przyjemnością i nie marudzę, że to już było, blablabla. "Top Gun" wydaje się być tutaj w oryginalnej mniejszości, ukazując charakterystyczny wydźwięk zespołu. "Democratic Terror" można zaklasyfikować jako mocniejszą stronę albumu (chciałbym wstępnie nakreślić, że spotkamy się tutaj jedynie z mocnymi, mocniejszymi i najmocniejszymi stronami, na gówno jak już wspomniałem miejsca nie starczyło, z góry przepraszam w imieniu zespołu). Jest energia, jest agresja, ale mięsem rzucać nie będę. Już przy "Delirium Tremens" czujemy zaloty tej pozytywnej części "Metaliki" (Metallica jak dla mnie ma stronę pozytywną, tudzież dobrą i chujową. Stroną dobrą jest sama muzyka i nic więcej, bo nie oszukujmy się, brzmienie mają spoko. Stroną chujową są ludzie którzy ją tworzą. Skurwensenów niestety niemiłosiernie nie trawię, mam nadzieję, że nie jestem jedyną osobą wspierającą Hujtfieltonizm... Musiałem wylać żale, już mi lepiej). Kolejno przesłuchując kawałki czuje się jak z każdym kolejnym muzyka nabiera obrotów, przyspiesza i coraz mocniej nam dopierdala. Przy "Challenge Cup" dochodzimy do punktu kulminacyjnego! Napisałem właśnie o punkcie kulminacyjnym? Żartowałem kurwa! Przekraczamy granicę, nadchodzi "Rigor Mortis" i coś co nazwałbym stroną najmocniejszą albumu, czyli "Welcome to Grablouse City"! Przy "Goodbye Mary Ann" możemy pójść się wysrać. Wersja CD w przeciwieństwie do Vinylowej daje nam w tym miejscu kawałek "Loser", a na koniec dostajemy "Don't Get Infected", którego tekst można by wykorzystać w naprawdę dennej reklamie prezerwatyw w kontekście walki z AIDS podkładając pod to jakąś beznadziejną, cukierkową melodię, jednak wyśpiewane w miejscu pierwotnym jest ok!

     Nie boję się stwierdzić, że tak mogłaby brzmieć Metallica, gdyby tylko kontynuowała cały swój "srasz" metal. Mało tego, powiem że tak brzmieć powinna, ponieważ chłopaki z Pyracandy kunsztem muzycznym pod żadnym względem im nie ustępują, a założę się, że i jako ludzie na pewno są bardziej w porządku i fair wobec innych! Album uważam za jeden z najlepszych które możemy znaleźć przy thrash metalowej scenie, z czystym sumieniem POLECAM! Zbigniew Wodecki, dziękuję.

DL

sobota, 27 lutego 2016

Rapid Tears - Honestly

Album: Honestly
Rok: 1982

Gatunek: Heavy Metal, Hard Rock

Strony zespołu:

Skład:
Brian Frank - Wokal
Clayton Bonin - Gitara, Syntezator
Michael J. Miller - Gitara
Jon Wein - Bass
Rick Nemes - Perkusja
Adam Sherban - Bass ( "Operation Airlift" i "Tomorrow" )

Track list:
01 - Survival
02 - Headbang
03 - Eliminator
04 - Actress of Passion
05 - Variations
06 - Operation Airlift
07 - Wonderland
08 - Down on You
09 - Tomorrow
10 - Here to Heaven
11 -  Keep Runnin'

     Rapid Tears jest zespołem z Kanady, założonym w roku 1977. Ciężko doszukać się jakichkolwiek ciekawych, czy istotnych informacji na temat zespołu między innymi z tego względu, że jak większość którą zamierzam tu przedstawiać, jest nieznany. Pierwszy album powstał dopiero pięć lat później po zaistnieniu kapeli i tak w roku 1982 światło dzienne ujrzał krążek zatytułowany Honestly. Warto napomnieć, że jednym z członków zespołu był Rick Nemes, czyli perkusista który brał również udział przy nagrywaniu debiutanckiego albumu Infernäl Mäjesty - None Shall Defy.
 
     "Survival" od Rapid Tears, niczym "Rapid Fire" od Judas Priest zaczyna płytę z dobrym kopnięciem. Mamy tnący riff, ostry wokal, perkusja dopierdala, jest tak jak być powinno! "Headbang", jak to headbang, nie wyprzesz się machania banią przy refrenie! "Eliminator" jest numerem po części wyprzedzającym epokę, stąd też wyjątkowym! Dlaczego? Bo jak na rok '82 instrumentalnie jest ZAJEBIŚCIE CIĘŻKI! Chcesz tego, czy nie, momentem słyszymy tu proto-death metalowy riff! I owszem, mega mnie to jara, stąd też zastrzegam sobie w tym miejscu prawo do wzwodu! Wszystko na amen dokręca świetnie wkomponowany głos Briana! W "Actress of Passion" nie doszukuję się niczego wyróżniającego, jest to wciąż dobrze brzmiący utwór. Przechodzimy więc dalej. "Variations" jest krótkim, dwuminutowym kawałkiem instrumentalnym, jedynym z albumu na którym wykorzystywane są syntezatory w wykonaniu Pana Claytona (mało istotny fakt, ale czymś dojebać trzeba!). "Operation Airlift" wydaje się być kawałkiem eksperymentalnym, ciekawie brzmiącym, próbującym łamać harmonie. I "Wonderland" wychodzi z interesująco brzmiącym riffem. Na tym etapie uświadamiam sobie, że wokalista daje naprawdę świetny popis swoich umiejętności. Ma się poczucie jakoby miał przynajmniej cztery różne oblicza. "Down on You" zaczyna się niczym chujowo brzmiący hymn. Dobrze, że tylko się zaczyna, bo dalej mamy dwuminutowe fajnie brzmiące instrumentalne solo! "Tomorrow" jest tutaj niestety na siłę wciśniętym, stanowczo zbyt długim, bo siedmiominutowym utworem. Aż szkoda tak srogo zesrać się przed końcem napotykając ten utwór. Dalej pozostaje kolejne instrumentalne siepanie z "Here to Heaven" i smakowite zakończenie w postaci "Keep Runnin'". 

     Większość opinii z którymi się spotykałem oczywiście sprowadza się do krytyki negatywnej, bo to chujowa jakość nagrania, albo inne, większe gówno, jednak koneserzy polują na vinyle tego nagrania, które czasem pojawiają się w obiegu i do tanich nie należą. Według mnie album jest rozpierdalającą perełką, która chciałbym, by mimo wszystko była bardziej kojarzona i znana. POLECAM!


Riot - Fire Down Under


Band: Riot
Rok: 1981

Gatunek: Heavy Metal, Hard Rock

Strony zespołu:
Strona oficjalna

Skład:
Guy Speranza (R.I.P. 2003) - Wokal
Mark Reale (R.I.P. 2012) - Gitara
Rick Ventura - Gitara
Kip Leming - Bass
Sandy Slavin - Perkusja

Track list:
     Jeszcze przy Fortnox wspomniałem o klasycznym Fire Down Under, warto w związku z tym coś więcej na temat tego skarbu dopowiedzieć. Rok '81, w składzie między innymi zasiadający już nieżyjący Mark Reale i Guy Speranza, którzy mieli największy wkład w powstanie albumu. Ciekawostką jest, że Mark był jedynym stałym członkiem zespołu, aż do swojej śmierci. Był to również trzeci i zarazem ostatni album nagrany razem z Guyem, który po '81 roku wycofał się z biznesu muzycznego, zajmując się w zamian eksterminacją, a jeszcze w '82 roku był zapraszany do Anthrax jako wokalista!

     Przechodząc do meritum... Nie, to nie jest "2 Minutes to Midnight" od Iron Maiden, ani dźwięk prujących się gaci twojej matki, tylko "Swords and Tequila"! Jeśli ktoś ich wcześniej nie znał, nie przyznawać się, tylko cieszcie uszy, delektujcie się, bo nic nie smakuje lepiej o poranku, czy jakiejkolwiek innej porze jak "Swords and Tequila" polane tytułowym "Fire Down Under" z domieszką napalmu, który zresztą przy refrenie wylewa się litrami z gęby Guya! Jeśli już się otrząsnąłeś po tej miazdze, postaraj się dalej nie osrać, lecz nie bój się, gdyż analny wyciek w tej sytuacji wybaczony ci będzie. Przyznaję, nawet mi się zdarzyło, a później było jeszcze lepiej, ponieważ przymierzałem sukienkę! Przy "Feel the Same" chłopaki aż nazbyt spuścili z tonu, jednak zaraz odzyskują w oczach przy świetnym "Outlaw"! "Altar of the Kings" jest tutaj utworem najmocniej czerpiącym z hard rocka. Mamy tu również piękne lirycznie jak i instrumentalnie "No Lies", po którym nie spodziewałem się usłyszeć coś tak energicznego jak "Run for Your Life". Widocznie myślami byłem w innym miejscu! Na koniec nietypowe "Flashbacks", które jest kawałkiem instrumentalnym. W tle słychać fragment zapowiedzi jednego z koncertów zespołu, jak i wstawki z wywiadu.

     I kiedy z UK napływały sławy takie jak Black Sabbath, Judas Priest, Saxon, Motörhead, Venom, czy Iron Maiden jeszcze z Di'Anno na wokalu (tylko Judas Priest i Saxon z wymienionej szóstki trawię), w Stanach kwitł Riot, że aż miło i to właśnie oni zawładnęli moim sercem. Śmiało mogę powiedzieć, że album mieści się w najlepszej piątce heavy metalu z '81 roku. MUST HAVE!


piątek, 26 lutego 2016

Fortnox - Fortnox


Band: Fortnox
Album: Fortnox
Rok: 1982

Gatunek: Heavy Metal
Podgatunek: Hard Rock

Strony zespołu:

Skład:
Joel Shipp - Wokal, Bass
Rick Fowler - Gitara, Wokal
Nathan DeFoor - Perkusja

Track list:
10 - Don't Scratch the Surface
11 - Hyperock

     Fortnox jest jedną z tych kapel, które pod napływem tsunami w postaci licznej heavy metalowej armii postanawia spróbować swoich sił i tak też się dzieje, kiedy w 1982 roku do studia wbija trio z Atlanty jak dla mnie dosyć mocno zainspirowane między innymi albumem "Fire Down Under" od Riot, co da się usłyszeć np. w "Running From Yourself", które niemal żywcem ciągnie z utworu "Outlaw". To z czym się tutaj spotykamy jest mieszanką melodyjnego heavy metalu z surowym hard rockiem. Zmielmy to razem, a dostaniemy w pytę kotleta mielonego, o którego dokładkę będziesz jeszcze prosić!

     Album dobrze napoczyna kawałkiem "On the Prowl", a już za chwilę daje nam zajebistego kopa w dupę z prostym, aczkolwiek wpadającym w ucho "Storm Inside My Head" i jest to coś, do czego będziecie chcieli wracać. O "The Beast in Me" wiele nie da się powiedzieć, jest dobrym wypełniaczem. "Rock and Roll City" zaczyna się nie najgorzej, ciąg dalszy prostego melodyjnego grania, ale jest coś, co wznosi ten utwór nad wyżyny, mianowicie komuś udało się wpoić nasionko z recepturą na hiciorsko brzmiący refren, który jest doskonałym przykładem istnienia choroby zwanej syndromem zapętlenia jednego utworu. "What About Me" i "Lucifer's Eyes" wcale nie chce zaniżać poziomu, a że do końca albumu jeszcze trochę, mamy nadzieję na coś co zechce nas pozytywnie dobić i JEST! "Rockin in America" daje nam soczystego kopa w mordę, z kolei przy "Another Lady" wciąż czujemy zapach gówna z podeszwy. Do końca pozostaje "Don't Scratch the Surface" i "Hyperock" starający się wycisnąć ze słuchacza resztki energii.

          Piękno tkwiące w prostocie jest synonimem tego albumu, siłą która każe nam krzyczeć "And you'll be rockin in America!", czy teksty z innych refrenów, które naprawdę dokręcają śrubę niemal w każdym utworze na debiutanckim albumie zespołu. Niestety, mimo pojawiania się np. teledysku do "Storm Inside My Head" na 20. miejscu listy MTV w roku '82 uważam, że zespół został stanowczo zbyt szybko zapomniany. Dla koneserów niezaznajomionych z twórczością, Fortnox jest pozycją OBOWIĄZKOWĄ, a dla reszty wartą uwagi na tyle by dostać szansę przynajmniej jednorazowego przesłuchania.


DL 

Virgin Steele - Virgin Steele


Rok: 1982

Gatunek: Heavy Metal
Podgatunek: Hard Rock

Strony zespołu:

Skład:
David DeFeis - Wokal, Klawisze
Jack Starr - Gitara
Joe O'Reilly - Bass
Joey Ayvazian - Perkusja

Track list:
08 -  Pulverizer


          Do debiutanckiego albumu Virgin Steele (tak samo zresztą zatytułowanego) podchodziłem z bardzo dużym dystansem zważywszy na średnio przekonujące opinie z jakimi wcześniej udało mi się spotkać. Dotychczas miałem przyjemność usłyszeć jeden album zespołu którym był "Noble Savage" z 1986 roku, z którego w pamięci zapadł mi jedynie jeden kawałek - świetny, bonusowy utwór z późniejszej reedycji (YT) oraz ogólnie bardzo charakterystyczny głos Davida DeFeis.

          Odsłuch zaczynamy od wstępu którym jest melodyjna kompozycja Jana Sebastiana Bacha, "Minuet in G Minor", by po niespełna minucie przejść w agresywne heavy metalowe brzmienie gitar z "Danger Zone" i ten sam wcześniej przeze mnie słyszalny i zapamiętany wysoki wokal Davida, a "American Girl" zaczyna tylko podsycać apetyt zajebistym hard rockowym riffem. Na tym etapie zacząłem się zastanawiać (wciąż nawiązując myślą do większości głosów plebsu) czym w takim razie zespół będzie chciał spierdolić tak dobrze zaczynający się album i tak też z niecierpliwością wpadamy w "Dead End Kids", gdzie brzmienie gitary Jacka Starr kojarzy się z tym, co rok później możemy usłyszeć np. w "Bark at the Moon" Ozziego. "Drive on Thru" będzie najmniej ciekawym utworem z dotychczasowych, gdzie w dalszym ciągu słyszymy kawałek nie najgorszego hard rockowego grania, z nieco nudnie brzmiącym wokalem. Czas na balladę "Still in Love With You", której sam tytuł daje nam zarys nastroju jaki utwór chce nam przekazać generalnie nie wychylając się oryginalnością i dalej nie prezentując sobą niczego ciekawego. Podobny trend kontynuuje "Children of the Storm". "Pictures on You" jest uważam doskonale umiejscowiony na track liście po wcześniejszych średniakach, ma pozytywną energię, nastraja nas dalej i przechodzimy do instrumentalnej, surowo drapiącej solówki w "Pulverize". Album kończymy dobrymi "Living in Sin" i "Virgin Steele".

          Nie do końca rozumiem te całe jednak bardziej negatywne nastawienie do debiutanckiego albumu, wciąż aktywnie działającego zespołu. Mamy tutaj bardzo dobre granie w stylu hard 'n' heavy i patrząc na to co dotychczas działo się z heavy metalem, w szczególnie nie najciekawszym moim zdaniem 1982 roku, album ten, który zamykał rok wypadał lepiej aniżeli gorzej na tle większości! Utwory "Danger Zone", "American Girl" i "Dead End Kids" na pewno są tutaj topowymi, później mamy lekki spadek, nie zmienia to faktu, że moje 7/10 które daje temu albumowi powinno być wystarczającą zachętą dla reszty!


YT
DL