Band: Gaskin
Album: End of the World
Rok: 1981
Gatunek: NWOBHM, Heavy Metal, Hard Rock
Strony zespołu:
Skład:
Paul Gaskin - Gitara, Wokal
Stef Prokopczuk - Bass
Dave Norman - Perkusja
Stef Prokopczuk - Bass
Dave Norman - Perkusja
Track list:
01 - Sweet Dream Maker
02 - Victim of the City
03 - Despiser
04 - Burning Alive
06 - End of the World
07 - On My Way
08 - Lonely Man
09 - I'm No Fool
10 - Handful of Reasons
Gaskin jest brytyjskim zespołem zaczynającym tworzyć w czasach świetności gatunku który reprezentowali, mowa tu o NWOBHM. Nazwa grupy pochodzi od nazwiska jednego z ojców założycieli, którym był Paul Gaskin. Powstali w roku 1980, a swój pierwszy album nagrali już w roku 1981. Ciekawostka - pierwszym basistą zespołu był Brytyjczyk najwyraźniej o polskich korzeniach, Stefan Prokopczuk. Zespół zawiesza swoją działalność w roku '83, by później reaktywować się na rok w '96, a następnie w 2000 działając aż do dziś i po drodze wydając dwa albumy (co daje zespołowi w sumie cztery na koncie).
Album End of the World w porównaniu z pozostałymi topowymi, nagrywanymi w tym okresie charakteryzuje się bardziej miękką odmianą gatunku, co nie każdemu może się spodobać, jednak wciąż o surowym brzmieniu gitar, i zajebiście przemyślanych solówkach. Dobrym tego przykładem jest "Handful of Reasons", prowadzony epickim riffem którego chyba sam Quorthon niemało się nasłuchał przed nagraniem swoich pierwszych viking metalowych kawałków, gdyż czuje się w utworze lekki nordycki powiew, no i ta wcześniej wspomniana solówka...! "Victim of the City" od samego początku pokazuje świetny, tajemniczy klimat, jakby stała za tym jakaś historia rodem "Z archiwum X"! Jest to jedyny krążek zespołu, w którym Paul poza grą na gitarze udziela się jako wokalista i mimo średniego popisu swoimi umiejętnościami wokalnymi jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny mógł wypaść tutaj lepiej. Świetnie to właśnie zgrywa się w melodyjnym "Despiser", jednak następujący "Burning Alive" jest przykładem gdzie wypada to już gorzej, żeby nie powiedzieć możliwie najgorzej. Wśród trzech końcowych kawałków, które najmocniej wbijają w mur znajduje się "Lonely Man" i "I'm No Fool". Oba zaczynają się ostrymi riffami, gdzie dodatkowo w tym drugim na zajebistym rytmie i ze smacznym brzmieniem działa perkusja!
Nowa fala brytyjskiego heavy metalu jest gatunkiem, który jak nazwa wskazuje powstał lokalnie i miał tak naprawdę jedynie 5 lat chwały. Po roku '85 gatunek zaczął obumierać i dalej już tylko nieliczne kapele reprezentowały te charakterystyczne brzmienie. Pośród tych dobrych i zapomnianych, End of the World uważam za album godnie reprezentujący gatunek, stąd też zachęcam do odsłuchu!
Album End of the World w porównaniu z pozostałymi topowymi, nagrywanymi w tym okresie charakteryzuje się bardziej miękką odmianą gatunku, co nie każdemu może się spodobać, jednak wciąż o surowym brzmieniu gitar, i zajebiście przemyślanych solówkach. Dobrym tego przykładem jest "Handful of Reasons", prowadzony epickim riffem którego chyba sam Quorthon niemało się nasłuchał przed nagraniem swoich pierwszych viking metalowych kawałków, gdyż czuje się w utworze lekki nordycki powiew, no i ta wcześniej wspomniana solówka...! "Victim of the City" od samego początku pokazuje świetny, tajemniczy klimat, jakby stała za tym jakaś historia rodem "Z archiwum X"! Jest to jedyny krążek zespołu, w którym Paul poza grą na gitarze udziela się jako wokalista i mimo średniego popisu swoimi umiejętnościami wokalnymi jakoś nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny mógł wypaść tutaj lepiej. Świetnie to właśnie zgrywa się w melodyjnym "Despiser", jednak następujący "Burning Alive" jest przykładem gdzie wypada to już gorzej, żeby nie powiedzieć możliwie najgorzej. Wśród trzech końcowych kawałków, które najmocniej wbijają w mur znajduje się "Lonely Man" i "I'm No Fool". Oba zaczynają się ostrymi riffami, gdzie dodatkowo w tym drugim na zajebistym rytmie i ze smacznym brzmieniem działa perkusja!
Nowa fala brytyjskiego heavy metalu jest gatunkiem, który jak nazwa wskazuje powstał lokalnie i miał tak naprawdę jedynie 5 lat chwały. Po roku '85 gatunek zaczął obumierać i dalej już tylko nieliczne kapele reprezentowały te charakterystyczne brzmienie. Pośród tych dobrych i zapomnianych, End of the World uważam za album godnie reprezentujący gatunek, stąd też zachęcam do odsłuchu!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz